Wilno

21:37



            Jak zapamiętam Wilno? Przede wszystkim zmysłami smaku, zapachu i słuchu. Jako miasto barwnego i aromatycznego jarmarku pełnego regionalnych przekąsek, wyrobów i muzyki. Jarmarku tętniącego życiem. Ale także jako miasto tych spokojnych, wąskich uliczek i drobnych kamienic ze skrytymi klimatycznymi podwórkami, tak pięknie oświetlonych wieczorną porą. Jako tę całościową panoramę rozciągającą się ze spowitego legendą wzgórza, a również jako tą wyszczególnioną i niezwykłą dzielnicę sztuki – Republikę Zarzecza – pełnej uśmiechu i niespodzianek. Jako stolicę państwa, w którym wciąż żywa i rozpamiętywana jest historia - wspomnienie potęgi i skrytych w jej utracie żalów i obwinień... W Wilnie byliśmy niby tylko na weekend, raptem te parę dni, a tak wiele zostało w nas wrażeń i wspomnień. Tyle do opowiedzenia. Kultura, jarmark, miasto i jego mieszkańcy. Kolejna walizka podróżniczych doświadczeń dających mi siłę i pragnienie na więcej. Wyciągam więc twarz do wiosennego słońca, uśmiecham się i zabieram do pisania, przelania na „papier” tych wszystkich chwil i emocji. Kolorytu i aromatu miasta.



            Po pierwsze - Kaziuki wileńskie! Festiwal regionalnych smaków, wyrobów, śpiewu i tańca. Święto na cześć patrona Litwy - św. Kazimierza Jagiellończyka - odbywające się, co roku w pierwszy weekend marca. Wszystkie główne place i ulice Wilna zostają wtedy zastawione przez stoiska pełne jedzenia i regionalnego rzemiosła. Przede wszystkim pysznej i aromatycznej litewskiej kuchni - białych serów z rozmaitymi przyprawami, żółtych, wędzonych i tych słynnych serów jabłkowych; lady wędzonych wędlin, kiełbas i ryb; kibiny (rodzaj pierogów z soczystym nadzieniem z siekanego mięsa baraniego lub wieprzowego) i różnego rodzaju podawanych na ciepło dań ziemniaczanych - od placków i cepelin po ziemniaczane babeczki. I oczywiście ten tak pyszny ciemny wileński chleb (pieczony zgodnie ze specjalną recepturą z mieszanki mąki żytniej, razowej i pszennej). A na deser rozpływające się w ustach słodkości - ciasta, pierniki, babeczki i litewski sękacz. Nie zabrakło też naturalnego piwa i grzańca. A wszystko to przy dźwiękach ludowej muzyki i tańca... Macie może na coś ochotę? :)



Po drugie - Wileński Free Tour! Dzięki współlokatorom z pokoju (którzy rankiem dostarczali nam dobrej dawki śmiechu) dowiedzieliśmy się o zupełnie darmowej wycieczce po Starym Mieście i okolicach (podobnie jak w Londynie). Niestety za pierwszym podejściem po półgodzinie naszej wycieczki zgubiliśmy się w jarmarkowym tłumie - co prawda nie bez winy, bo zamiast śledzić przewodniczkę z małą żółtą walizeczką, to rzuciliśmy się na stoisko pełne karmelowo-czekoladowych słodkości, z którymi oczywiście musieliśmy zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie :) Następnego dnia tour udał nam się już bez takich przygód (dotarliśmy na miejsce spotkania jedynie z opóźnieniem, bo tym razem skusiły nas naleśniki). Oprócz samej wycieczki, niezwykłych historii i miejsc, które odkryliśmy, byłam pod ogromnym wrażeniem osób biorących w niej udział. Podróżników i turystów z całego świata, którzy przyjechali aż tu - do Wilna - z Hiszpanii, Portugalii, Francji, Meksyku, Nowego Jorku i Kanady. By zwiedzić i poznać to bałtyckie miasto. Niezwykłe. Przeszliśmy przez część Starego Miasta, którą dawniej zamieszkiwało społeczeństwo Żydowskie, a co ciekawe nie oznaczali oni tutaj kamienic numerami, a kolorami. Dziś numery już widnieją, ale każdy z domów zachował swoją niepowtarzalną barwę. Miejsce pełne wąskich uliczek i kolorów. Miejsce, gdzie w malutkich podwórkach kamienic odnaleźliśmy symbole i ślady jeszcze dawniejszej historii - jak drobną statuę pogańskiej bogini (podobno współcześnie Litwini coraz częściej wracają do przeszłych ludowych wierzeń). Dalej przeszliśmy na wschód, aż do brzegu Wilejki i pełnego kłódek mostu Užupio undinele. Oficjalnej granicy między Starym Miastem, a Republiką Zarzecza.




Užupis (z lit. po drugiej stronie rzeki) - dzielnica artystów. Dzielnica wolnej i niczym nie ograniczonej tu sztuki. Dzielnica przed wjazdem do której stoi nawet znak informujący o tym, że po przejściu przez most na naszej buzi pojawić ma się szeroki uśmiech, a nasz umysł ma otworzyć się na otaczającą nas sztukę. Do 1990 roku była to jedna z najbardziej zaniedbanych i niebezpiecznych części miasta, przyciągała zarówno bohemę artystyczną (dlatego zyskała miano wileńskiego Montmartre), ale także ludzi z marginesu społecznego. W 1997 roku dwóch zakochanych w tej części miasta i dostrzegających w niej ogromny potencjał artystów (Litwin i Francuz) ogłosili "niepodległość" dzielnicy - tworząc zarówno urząd prezydenta, jak i spisując jej odrębną konstytucje. Od tego momentu dzielnica ta jest stopniowo odrestaurowywana. Dziś pełna kamienic pokrytych malunkami i kolorowymi grafikami, pełna współczesnych rzeźb (jak statuetka malutkiego Jezusa wędrownika z plecakiem) i artystycznych instalacji. Uroku i zaskoczenia, które co chwila maluje na naszych twarzach ten szczery i szeroki uśmiech. To tutaj też znajduje się mały plac poświęcony Tybetowi i Dalajlamie, gdzie przysiąść można choć na chwilę i przy delikatnym szmerze rzeki odpocząć od skweru miasta.




Po czwarte - mieszkańcy - Litwini. Zanim bowiem przyjechaliśmy do Wilna nasłuchaliśmy się wielu opinii i przestróg, żebyśmy się nie przyznawali do tego, że jesteśmy z Polski, a najlepiej jeśli w ogóle nie będziemy rozmawiać między sobą w rodzimym języku, by nie narazić się miejscowym. Jak było naprawdę? Bardzo różnie. Pierwszej nocy, gdy przyjechaliśmy do Wilna i musieliśmy przedostać się z dworca do naszego hostelu (niby z wyświetloną na tablecie mapką) ale i tak pogubiliśmy się przemierzając tamte uliczki wśród starych, odrapanych domów i podejrzanych pubów. Minęliśmy nawet mały cmentarz wciśnięty surrealistycznie między kamienicę, a hotel. Hotel przed którym stała spora grupa dziewczyn czekających w skąpych ubraniach na okazję. Na naszej drodze spotkaliśmy jednak parę młodych Litwinów. Okazało się oczywiście, że nieświadomie przeszliśmy przez najniebezpieczniejszą część miasta. Poprosiliśmy ich o wskazanie drogi, jednak oni z uśmiechami na ustach zaprowadzili nas pod sam hostel. Pomocni, gadatliwi i przemili. Podchodzący z pogardą do narodowościowych uprzedzeń. Powiedzieliśmy im prawie od razu skąd przyjeżdżamy, a także o naszych obawach i o tym, co mówi się o stosunku Litwinów do Polaków... Na jarmarku jednak aż za często zdarzało nam się, że gdy przy stoisku mówiliśmy coś do siebie po polsku to sprzedawca nie zwracał na nas zupełnie uwagi, a potem gdy już wreszcie próbowaliśmy się dogadać, co do ceny i ilości – udawali, że nic zupełnie nie rozumieją, dopiero w ostateczności, jakoś tak nagle, sami zaczynali mówić łamaną polszczyzną. Innymi razami, gdy specjalnie rozmawialiśmy między sobą tylko po angielsku, od razu spotykaliśmy się z uwagą i uśmiechem. Może tylko przypadek, może zbieg okoliczności, różni ludzie i poglądy… ale nawet jeśli to udało nam się przez te kilka dni - w jakimś stopniu - zrozumieć dlaczego.




Gdy zgubiliśmy naszą grupę podczas pierwszego Free Tour postanowiliśmy przyłączyć się ukradkiem do przechodzącej obok nas wycieczki polskiej. Jednak jej trasa prowadziła prawie tylko i wyłącznie po śladach polskiej historii w Wilnie. Nie zaprzeczę, że nie jest to ważne, ale z drugiej strony skoro jesteśmy na Litwie to czemu, by nie poznać lepiej historii, obyczajów, dzielnic i takich części Wilna, które związane są z samą Litwą? Nie bać się zbliżyć do tego, co inne i wyzbyć się tego nacjonalistycznego podejścia, bo przecież to kiedyś było nasze.





Czasu nie cofniemy, a przecież dopiero poznając i próbując zrozumieć inną kulturę - jesteśmy w stanie obiektywnie ocenić naszą własną.




You Might Also Like

25 komentarze

  1. Myślę, że "nacjonalistyczne podejście", to raczej zbyt mocne słowa jeżeli chodzi o Polaków. Owszem, ale w propagandzie litewskiej (skrzydło konserwatywne), Polacy mają być kojarzeni z tym, że te ziemie były kiedyś polskie i dążą do ich odzyskania. Nonsens. Natomiast co do samego Wilna, to lubię tę stolicę i wracam do niej dość często. Bywałem naprawdę wiele razy. Ale na blogu Wilno doczekało się tylko jednej i to b.krótkiej relacji :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bez dwóch zdań różne "esktremizmy" leżą po obu stronach, zarówno polskiej jak i litewskiej. Uważam po prostu, że kulturę i "duszę" tego miasta można o wiele lepiej zgłębić i poznać wyzbywając się historycznych uprzedzeń w stosunku do siebie nawzajem :)

      Usuń
    2. A to jak najbardziej. Jeżeli ktoś jedzie już na dzień dobry uprzedzony, to nie wiem po co tam jedzie :)

      Usuń
  2. Chetnie pojechalabym..Szkoda, ze relacje polsko-litewskie tak sie skomplikowaly.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam ogromną nadzieję, że może wraz z młodszymi pokoleniami to wszystko powolutku się zmieni!

      Usuń
  3. Byłam tam wieki temu i ostatnio zapragnęło mi się znowu pojechać. Mam nadzieję, że przy najbliższej okazji zrealizuję swój plan. Szkoda, że stosunki polsko - litewskie są takie kontrowersyjne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No ja właśnie też wieki temu byłam, a tu mnie wszem i wobec kuszą, jak nie Wilnem to Tallinnem i... tak bym sobie uskuteczniła taką Transbaltica Tour ;)))

      Usuń
  4. Przyznam bez kozery, bardzo podobają mi się Twoje opowieści o podróżach i przeżyciach.
    Do Wilna nie wstąpiłam do tej pory, bo zwyczajnie nie było mi po drodze. O uprzedzeniach do Polaków nie wiedziałam, ale ... czy nie jest ich za dużo?
    A przysmaki kuszą ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Stereotypów i uprzedzeń prawie zawsze jest zbyt dużo i przysłania nam to obiektywne poznawanie innej, po prostu różnej kultury. Mam nadzieję, że przyjdzie czas na zmiany! :)

      Usuń
  5. Bardzo ciekawie napisany post. Kazików Wileńskich prawie zazdroszczę :). Byłam w Wilnie bez żadnych uprzedzeń, bo ich nie mam. Nie spotkałam się też z uprzedzeniami z drugiej strony. Byliśmy przyjmowani wręcz serdecznie. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  6. A to mnie zaskoczyłaś :D Fajnie zobaczyć coś innego. Bo mnie się Wilno kojarzy z wielkim placem i mnóstwem różnych kościołów :))) Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to bardzo się cieszę :) Zawsze staram się odkryć, a potem pokazać innym też tą mniej znaną stronę jakiegoś miejsca.

      Usuń
  7. ja bardzo bardzo dawno nie bylam, ostatni raz jeszcze za komuny jako dziecko, na pewno wiele się zmieniło:)

    OdpowiedzUsuń
  8. Kaziuki popularne na blogach ostatnio więc pewnie sporo "naszych" tam było. Ja niestety nie, tzn. jeszcze nie :). Mam znajomych Litwinów i czasem zajadam się litewskimi smakołykami, uwielbiam litewski chleb z kminkiem oraz serki owocowe w formie batoników oblanych czekoladą. Też czasem mnie "uwiera" fakt, że pewne nacje traktują się poprzez pryzmat historii, ale przecież o ile na przeszłość nie mamy już wpływu, to na szczęście na przyszłość tak...Ja się nie daję stereotypom.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. My też właśnie zajadaliśmy się tymi wszystkimi rodzajami serów. Same pyszności! :)

      Usuń
  9. Nie byłam za wschodnią granicą i cały czas mam opory. Chciałabym kiedyś pojechać do Lwowa, stamtąd pochodzili moi dziadkowie. Może kiedyś i na to przyjdzie czas:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lwów jest przepiękny, ale niestety dość zaniedbany... Mam nadzieję, że gdy wreszcie sytuacja na Ukrainie się polepszy, to i pieniądze na renowację tych wszystkich pięknych kamienic się znajdą :)

      Usuń
  10. No i jak ja cię miałam złapać w tej Wawie jak ty ciągle w drodze :)
    Chyba znowu się powtórzę ale uwielbiam cię czytać równie mocno lubię oglądać twoje zdjęcia! Uprzedzenia to okropna sprawa ale mam nadzieję że teraz z tym nowym pokoleniem to wszystko jakoś umrze śmiercią naturalna :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale następnym razem daj znać na pewno :) Pokażę Ci wtedy wszystkie moje ulubione miejsca!

      Usuń
  11. Mój promotor się kochał w Wilnie i Lwowie, więc myślę, że fajnie byłoby tam wpaść, choć na chwilkę :)

    OdpowiedzUsuń
  12. W tej chwili miałabym ochotę na wszystkie smaki, o których wspomniałaś... Ach, czemu nie jadłam kolacji?
    Ludzie są różni. Jedni stereotypowi, inni otwarcie na świat. A to na jakich akurat trafimy, no cóż, na to wpływu raczej nie mamy. Najważniejsze to się nie zrażać.

    OdpowiedzUsuń
  13. Ja bardzo lubię Litwę, a zwłaszcza Kowno. Byłam tam kilka razy i zawsze wracam z przyjemnością. Pod koniec kwietnia jest tam festiwal jazzowy, byliśmy w zeszłym roku, może i za miesiąc się uda.
    W Wilnie byłam tylko raz przez kilka dni i też bym chętnie wróciła.
    Nigdy nie spotkałam się z uprzedzeniami w stosunku do nas, a czasem jest mi wstyd, że Polacy prezentują dziwne poczucie krzywdy i "własności".
    Zapraszam - przeszukaj mojego bloga, a znajdziesz tam wiele litewskich relacji :-) np. tu:
    http://zapiskizdrogimlecznej.blogspot.com/2013/08/byam-na-drodze-mlecznej.html

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To był mój pierwszy raz na Litwie, ale mam nadzieję, że uda mi się tam wrócić jeszcze wiele razy, a przede wszystkim odwiedzić właśnie Kowno :) Dziękuję, na pewno poczytam!

      Usuń
  14. wilno jest przepiekne, bylam tam kiedys 'za dzieciaka'. a teraz- chcialabym sie wybrac tam tak na serio- pozwiedzac, odpocząć :) moze uda mi sie za free- o ile wygram w konkursie ecolines :D https://www.facebook.com/ECOLINES/photos/a.437183836119.212792.344125671119/10153777019591120/?type=3&theater trzymaj kciuki ;)

    OdpowiedzUsuń
  15. ale mi zrobiłaś smaka na Kaziuki! W sumie marzec już tuż, tuż :-)

    OdpowiedzUsuń

Jak podobała Ci się ta podróż? Powiedz mi co myślisz :)