Są takie chwile, kiedy wszystko trzeba postawić na jedną kartę. Rozpatrzyć wszystkie za i przeciw, wszystkie obowiązki i konsekwencje. Zawiesić wszystko to nad czym się tyle pracowało, co zawsze dawało siłę, motywacje, a na twarzy malowało prawdziwy uśmiech. Sprawy ważne i ważniejsze... Jeśli w ogóle można, by je tak podzielić. Studia, które dużo dla mnie znaczą. I choć tak wiele razy narzekam, choć czasem przestaje widzieć w tym wszystkim sens – czasy się przecież zmieniły, a prawdziwe perspektywy otwiera już tylko tak naprawdę jak najwcześniejsze pójście do pracy i zebranie doświadczenia, zwłaszcza na studiach humanistycznych takie jak moje. Próbuje jednak to wszystko pogodzić (jak wiele innych osób) – nauka, staż i chyba to, co jednak w życiu jest najważniejsze – spełnianie marzeń – podróże, pisanie, blog. Poczucie, że to, co robię może motywować i inspirować również innych. A czego tak często brakuje właśnie na studiach... Tej myśli, że to naprawdę coś daje, że te wszystkie godziny nad książkami, na wykładach i ćwiczeniach mają naprawdę sens. A jeszcze, gdy przychodzi ten moment, w którym to głównie nauce trzeba poświęcić swój czas i siłę. Zaliczenia, prace, egzaminy... Trzeba, po prostu trzeba. Te kilka tygodni, zaciśnięcie zębów i przewartościowanie wszystkich spraw dookoła. A gdy już masz ochotę rzucić to wszystko, gdy nie masz już sił i wątpisz, że z czymkolwiek dasz radę... Okazuje się, że jest ktoś, kto naprawdę to docenia, kto widzi Twoje starania i zaangażowanie. Ktoś, dzięki komu znów czujesz satysfakcję – zadowolenie i dumę z ciężko wykonanej pracy. Tak. Miesiąc wyjęty niemalże z życia, ale wszystko to już za mną. Wszystko zdane i pozaliczane. Satysfakcja i radość... A ja mogę nareszcie wrócić do tego, co kocham najbardziej. Ale zacznijmy od wspomnień i obiecanego już dawno... A M S T E R D A M U !

Nie wiedziałam, czego dokładnie się spodziewać po tym mieście. Nigdy nawet nie byłam w Niderlandach, a sama Holandia kojarzyła mi się przede wszystkim z wiatrakami, tulipanami i liberalną polityką, a zwłaszcza z legalną marihuaną. A Amsterdam? Rowery, Dzielnica Czerwonych Latarni, muzeum van Gogha i wszech otaczające coffee shopy. A co okazało się na miejscu?
Przede wszystkim to, co oczarowało mnie najbardziej, to, co sprawiło, że się zakochałam. Znów. Znacie mnie już trochę, więc pewnie się domyślacie :) … Amsterdamskie kamienice. Tak wąskie i wysokie, o białych framugach i pięknych kolorowych drzwiach. Domki w barwach czerni, brązu, ale i czerwieni i fioletu… A jeszcze każdy z nich przekrzywiony w zupełnie inną stronę! Zawsze, gdy na nie patrzyłam, zastanawiałam się jak wygląda życie w ich środku, jak urządza się mieszkanie wśród chwiejących się na jedną stronę ścian. A niektóre są w dodatku przecież tak wąskie i malutkie. Pamiętam jak zajrzałam do jednej z nich i ujrzałam pnące się przez klatkę schodową wąskie, pionowe schodki. I tak je przemierzać dzień, w dzień? Do wnętrz mieszkań też nie było mi trudno zajrzeć – te piękne kamienice opatrzone są tutaj bardzo dużymi oknami, których Holendrzy zwyczajowo nie zasłaniają nawet firankami, czy żaluzjami. I to nie dlatego, że są oszczędni (bo generalnie są) i uważają je za zbędny dodatek. Zwyczaj ten ma tutaj swoje historyczne uzasadnienie. W wieku XIX posiadanie zasłoniętych okien było uważane wręcz za niestosowne - okna pozbawione były tutaj jakichkolwiek zasłon, ewentualnie ozdobione były małym skrawkiem materiału, który służył tylko i wyłącznie za dekoracje. Dlaczego? Uważało się wówczas, że jeśli ktoś skrywa wnętrze swojego domu, to skrywa w nim również jakąś tajemnicę. Podobnie było z kobietami, które gdy zostawały same w domu (gdy ich mężowie wychodzili np. do pracy) i jeśli zakryły okna, to traktowano to jako bezpośrednią wiadomość, że goszczą one właśnie kochanka. Podczas pobytu w Amsterdamie spotkałam się także z opinią, że brak zasłon jest tutaj jednym ze sposobów walki z przemocą domową – zwłaszcza dziecięcą. Nic się przecież tak nie ukryje, a dzięki temu my – podróżnicy i przejezdni – możemy przekonać się, jak wyglądają wnętrze tych niezwykłych, kolorowych i krzywych kamienic. Za to za sferę prywatną uważa się… ogródek :) który znajduje się przeważnie za domem i to właśnie on jest miejscem najbardziej osobistym.
A czemu domy w Amsterdamie przechyliły się na bok? Dokładnie z tego samego powodu, co Krzywa Wieża w Pizie – niestabilnego gruntu. Amsterdam zbudowano na błotach przy ujściu rzeki Amstel do zatoki Zuiderzee. By wznieść tam coś wyższego i solidniejszego niż mała, drewniana chatka, trzeba było ustabilizować grunt, wbijając drewniane pale. Nawet dwadzieścia na metr kwadratowy - jak to uczyniono pod największym ratuszem Europy, a obecnie pałacem królewskim. Drewno jednak było w ówczesnej Holandii towarem deficytowym - w kraju lasy już dawno wycięto, by wzmacniać tamy, zaś najbliższe większe puszcze rosły w odległych o kilkaset kilometrów niemieckich górach. A że drewno było też potrzebne do budowy coraz to nowszych statków, to było ono naprawdę drogie. Przez to jeden i drugi inwestor uznali, że a nuż uda się zaoszczędzić oszukując naturę i zamiast np. tysiąca pali wbijano tylko 600. Jednak natura nie dała się tak łatwo i stąd właśnie mamy domy przechylone na bok! Wystarczyła najmniejsza nawet niedokładność wyważenia i konstrukcja przechylała się, ale niezbyt mocno, bo zaraz opierała się o sąsiedni dom. Uznaje się, że najbardziej przekrzywionymi kamienicami w Amsterdamie są sąsiadujące ze sobą Tańczące siostry.
Tańczące siostry |
Myślałam, że z dokładnie tej samej przyczyny powstały także domki pochylone do przodu, jednak tu historia jest zupełnie inna. A wszystko z holenderskiej oszczędności! Mieszkańcy miasta, bogacącego się na handlu, od końca XVI wieku z całym ówczesnym światem, byli na każdym kroku podskubywani przez magistrat, nakładający coraz to nowsze podatki. W XVII wieku Amsterdam był najbogatszym miastem Europy, ale po budownictwie nie było tego widać. Domy nie okapują tutaj złotem i nie ma tu także gigantycznych pałaców. Najzamożniejszym amsterdamskim kupcom wystarczało, że mają dom w reprezentacyjnym miejscu, gdzie mogli budować tylko najznamienitsi. Rada miejska uchwaliła bowiem, że działki budowlane nad kanałami Panów, Cesarskim i Książęcym, mogą nabywać wyłącznie najbogatsi mieszkańcy. A skoro wyznacznikiem pozycji społecznej była sama lokalizacja, to po, co trwonić pieniądze na ozdoby? Członkowie rady ustanowili tak wysokie podatki od zabudowanej powierzchni działki, że każdy, aby nie zostać obdartym ze skóry przez zachłanny magistrat, wznosił dom o możliwie najmniejszej powierzchni u podstawy. Nie było tam miejsca na klatkę schodową, a schody były schowane z tyłu i budowano je na zewnątrz. A jeszcze więcej dodatkowego, nieopodatkowanego miejsca uzyskiwało się właśnie przez wychylenie czołowej ściany do przodu! Zaletą tego była także możliwość zamontowania na szczycie wysięgnika z blokiem, a dzięki temu sprytnemu urządzeniu można było wciągać na wyższe piętra większe przedmioty takie jak duża szafa czy nawet fortepian.
Barka - mieszkanie |
Co jednak dodaje temu miejscu jeszcze więcej magii? Woda, woda i jeszcze raz woda :) A dokładniej wijące się przez miasto niczym labirynt wodne kanały i spajające je, wyginające się w kamienne łuki, mosty. I te przemykające przez nie łódeczki, czy zacumowane gdzieś na boku barki – mieszkania. Trochę tak jakby połączyć ze sobą Londyn i Wenecję... Największe wrażenie zrobiła na mnie okolica jednej z najsłynniejszych dzielnic Amsterdamu – Dzielnica Czerwonych Latarni. Dzielnica znana najogólniej rzecz mówiąc z seksu, prostytucji i półnagich kobiet machających do nas z okien oświetlonych czerwonymi neonami. Czemu jednak wspominam o niej teraz? Bo jest tu po prostu pięknie. Gdy stanie się na moście przy Grimburgwal i zatopi wzrok w rozciągającym się widoku na wąski kanał pomiędzy zielenią drzew i barwami amsterdamskich kamienic. Pamiętam jak tam stałam i wpatrywałam się w odbijającą te wszystkie kolory wodę, a promienie słońca ogrzewały moją twarz. Idealna całość. Byłam tak zaskoczona, tak szczęśliwa i oczarowana. Chciałam już tam po prostu zostać. A przecież to właśnie stąd rozpoczyna się ta słynna dzielnica... A niby prostytucja (dzięki jej legalizacji kobiety te mogą po prostu czuć się bezpiecznie, mogą płacić składki zdrowotne i emerytalne jak każdy inny), niby narkotyki i otwarte na każdym kroku woniące marihuaną coffee shopy (dzięki, którym tak naprawdę nikt się tutaj tym nie ekscytuje), niby to wszystko, co uznawane jest za niemoralne, destrukcyjne i niebezpieczne, a Amsterdam jest przy tym jest tak… zadbany – nie widziałam tu ani jednej niezadbanej kamienicy – tak czysty, piękny i przede wszystkim – bezpieczny. Spacerując samotnie przez nocne amsterdamskie ulice czułam się – co chyba zadziwiające – o wiele bezpieczniej niż te kilka dni później, gdy przemierzałam uliczki Rzymu.
Czyli mamy piękne, ale przekrzywione kamienice, okna bez firanek i wciągane przez nie fortepiany, wodne kanały, mosty i liberalizm... Co jeszcze? Oczywiście ROWERY! Ukochane przeze mnie rowery :) Podobno liczba mieszkańców Amsterdamu wynosi trochę ponad 800 tysięcy, zaś samych rowerów jest tutaj… milion! Jak to możliwe? Przechadzając się uliczkami tego miasta, nie trudno sobie to wyobrazić. Rowery, rowery i rowery! Zapełnione całe parkingi, przypięte gdzieś do mostu, ławki, czy latarni. Wszędzie ciągnące się ścieżki rowerowe. A co ciekawe, to rower w Holandii ma nadrzędne pierwszeństwo i ustąpić mu musi nawet tramwaj! Dlatego jeśli wybraliście na spacer pieszo – uważnie się rozglądajcie! Te dwukołowe pojazdy mogą pojawić się wszędzie :)
Zastanawiacie się, gdzie podziały się w tym wszystkim tulipany? O tym opowiem Wam w następnym poście !