Do
Walencji jechaliśmy przez całą noc z deszczowego Mediolanu (który
był naszym 2. przystankiem podczas niezapomnianego eurotripu, ale tę historię
zachowam na troszkę później :)) Dziś chciałabym Wam opowiedzieć o niezwykłej i
pełnej słońca Walencji. O prawdziwym powiewie wakacji, poczuciu szczęścia i tamtej
wolności... Pamiętam tę drogę przez osnute nocą południowe wybrzeże Francji i
późniejszej Hiszpanii. Te pojawiające się zza zakrętów oświetlone małe
miejscowości. Świadomość, że tu, tuż obok nas, rozciąga się Morze Śródziemne,
że z każdym kilometrem jesteśmy coraz to bliżej południa - bliżej naszego upragnionego
celu. Pamiętam też pobudkę w promieniach słońca, jak wszystko cię boli po całej
nocy jazdy, jak czujesz się nieświeży, masz już tak strasznie dość jedzenia
zimnych kanapek i tylko marzysz o tym, by rozprostować nogi i wziąć prysznic...
ale potem znów łaskoczą cię delikatnie promienie słońca, odwracasz głowę i
zerkasz za okno. Widzisz ten zmieniający się, tak inny i nieustannie zachwycający
krajobraz i już wiesz, że warto. Po prostu warto. Bo każda podróż to kolejna
przygoda, a wszystkie te niedogodności to jedynie krótka chwila, to momenty,
których się zupełnie nie pamięta, a jeśli wspomina to w żartach i ze szczerym
uśmiechem na ustach. Rekompensują to przecież te wszystkie miejsca, do których
zmierzamy. Ta synestezja obrazów, zapachów i przeżyć - doświadczenia, które
zostają w nas już na zawsze. Wspomnienia tamtej, niepowtarzalnej atmosfery.
Ludzi i wspólnych rozmów do świtu. Nie schodzącego z twarzy uśmiechu. Tych
iskierek w oczach.
![]() |
Miasteczko Sztuki i Nauki (budynek muzeum poświęconego nowym technologiom) |
![]() |
Planetarium zbudowane na kształt oka |
W
Walencji byliśmy nad ranem, a naszym pierwszym celem była dzielnica przyszłości
- Ciudad de las Artes y las Ciencias
(Miasteczko Sztuki i Nauki). Nie wiedziałam nawet, czego do końca się
spodziewać, ale tak chyba właśnie jest najlepiej. Gdy nie ma się
tych wszystkich oczekiwań, wyobrażeń, a nagle świat dookoła sam z siebie tak
zaskakuje. Biel awangardowych budynków i błękit wody otaczającej cały ten
magiczny kompleks. Tak jakby w jednej chwili naprawdę przenieść się w czasie i
ujrzeć w jaką stronę zmierza współczesna architektura. Jak zmieniać się będą
miasta, w których żyjemy. Minimalizm, a zaskoczenie formą. Kształty, w których
doczytać się mamy czegoś więcej - tej skrytej w geometrii metafory. Stałam tam i
zastanawiałam się, czy rzeczywiście mi się to podoba. Czy chciałabym żyć w
takim świecie, w otaczającej mnie tak minimalistycznej i uporządkowanej rzeczywistości.
Czy w ogóle bym się w niej odnalazła?
Kocham
stare kamienice. Ich barwy, wysokie okna o kolorowych okiennicach, piękne drzwi
i skryte podwórka. Nieład wąskich uliczek. I te malutkie kawiarenki i
restauracje pełne roześmianych i głośno rozmawiających ludzi. Atmosfera, w
której czuję się najlepiej, w której czuję się po prostu - „przytulnie”. A dokładnie
taka jest stara część Walencji. Gdy tylko przeszliśmy przez bramę dawnego
miejskiego muru, minęliśmy te pierwsze wąskie uliczki, te pierwsze kolorowe
kamienice i wyszliśmy na Plaza de la
Virgen z najstarszą w Walencji katedrą i znajdującym się na jej tyłach
barokowym kościołem Basilica de la Virge
dels Desamparats - już wiedzieliśmy. Tak samo jak w Wenecji - i tu pragnęliśmy
się zgubić. Zatopić w klimacie tego niezwykłego, pięknego miasta. Hiszpańskie
słońce, błękitne niebo i koloryt Ciutat
Vella (Starego Miasta). Błądziliśmy w gąszczu uliczek, kamienic, małych
podwórek i pojawiających się zza rogu kościołów. I właśnie tak - zupełnie nieświadomie
- dotarliśmy pod Pałac-muzeum Marqués de
Dos Aguas (Muzeum Ceramiki) skrytym za ogromnym barokowym portalem z
alabastru - ściany pokrytej imponującymi płaskorzeźbami symbolizującym dwie
życiodajne rzeki. Właśnie ten obraz historycznej Walencji zarysował się w mojej
pamięci chyba najwyraźniej. Nasz zachwyt nad tym tak drobiazgowym rękodziełem. Tak
niezwykłym i pięknym.
![]() |
Muzeum Ceramiki |
Błądziliśmy
dalej, zaglądając i skręcając wszędzie tam, gdzie coś przyciągnęło naszą uwagę
- kolory, kawiarenki, domy i kwiaty. Wodzeni również kuszącymi zapachami
wróciliśmy na Plaza de Santa Catalina,
by skosztować hiszpańskich Tapas -
niewielkich przekąsek serwowanych zazwyczaj do napojów (wina, piwa czy
sangrii). Podawane są one na ciepło bądź na zimno i przyjmują różne formy – od
prostych przekąsek po bardziej skomplikowane dania. My postawiliśmy na malutkie
kanapki w najrozmaitszych smakach - od hiszpańskiej szynki serrano, po te z
kalmarami i krewetkami... Słońce, zimna sangria, pyszne tapas, a dookoła tłum
roześmianych ludzi. To chyba dopiero wtedy poczuliśmy, że jesteśmy naprawdę w podróży,
że mamy wolne od jakichkolwiek obowiązków i zobowiązań, że nic nas nie
dotyczy. Możemy nareszcie w pełni czerpać z tej właśnie chwili - że jesteśmy tu
- w Hiszpanii. Siedzimy wszyscy razem w restauracji w Walencji, a
wszystkie zmartwienia, wszystkie obowiązki i pośpiech codzienności zostały
gdzieś daleko, daleko za nami.
![]() |
Tapas - hiszpańskie przekąski |
Najedzeni
i z butelką białego wina na zachód słońca podjechaliśmy (szalonym) miejskim
autobusem na plażę. Uwielbiam wodę, uwielbiam błękit niekończącego się morskiego
horyzontu i szum fal... Tamtego lata to właśnie wtedy - w Walencji - po raz
pierwszy (oczywiście nie w życiu, a w roku :)) zanurzyłam stopy w
kojącym, ciepłym morzu. Byłam tak szczęśliwa. Tak...
O
zmroku wróciliśmy do pięknie oświetlonych ogrodów Turii - ciągnącego się na
12km parku w dawnym korycie rzeki. Labiryntu niekończących się zielonych
alejek, stawów, fontann i starych kamiennych mostów. To tam siedząc na miękkiej
trawie spędziliśmy długie godziny na rozmowach, śmiechu, wygłupach,
a nawet tańcu. Tak szczęśliwi i wolni. Nareszcie.
Ps. A już we wtorek lecę do...
A T E N ! :)